literacki blog Adriana Szarego

niedziela, 29 stycznia 2017

Zagubiony Antek


Nie wiem, czy macie tak czasem, że nie możecie sobie czegoś przypomnieć? Mnie się czasami to zdarza.
                                                           
Ktoś na przykład pyta: - Majeczko, pamiętasz jak byliśmy w teatrze na sztuce „Baśń o dzielnym Radomirze”? I w pierwszej chwili nie mogę sobie przypomnieć, a za chwilę rzeczywiście przypomina mi się nie tylko fakt, że byłam na spektaklu, ale nawet kiedy byłam, z kim byłam, jaka była treść i scenografia sztuki.

Albo pyta mnie ktoś: Majka, pamiętasz ciocię Asię? I zastanawiam się, jaką znowu ciocię Asię? Doprawdy mam tyle cioć i wujków, że o niektórych mama mi nawet nie opowiada. Ale potem widzę ciocię Asię i zaraz przypomina mi się, że przecież znam ciocię Asię doskonale. To ta miła ciocia, która pozwala mi grać w różne gry, w swoim telefonie komórkowym.

Jeszcze gorzej jest, jeśli chodzi o zagubione przedmioty. Ołówki, kredki, długopisy.  Kładę je gdzieś, a potem zapominam gdzie są i szukam godzinami. Tata mówi, że to przez bałagan w moim pokoju, ale ja myślę, że to nie to.

Przygoda, o której chcę wam opowiedzieć zdarzyła się w pewien zwykły, jesienny poranek. Jak co dnia, szykowałam się do szkoły. Po śniadaniu zaczęłam przeglądać mój plecak i ze zdumieniem zauważyłam, że brakuje w nim zeszytu do języka polskiego. Oczywiście, jak zawsze, zadana była praca domowa, którą nawet odrobiłam poprzedniego wieczoru, ale co zrobiłam z zeszytem, tego nijak nie mogłam sobie przypomnieć.

Dlaczego nie schowałam go od razu do plecaka? Zaczęłam więc zdenerwowana szukać po szafkach, półkach szufladach, w moim pokoju, w pokoju rodziców, w kuchni. Nigdzie ani śladu. Czas naglił. Jeszcze tego brakuje, bym spóźniła się dziś do szkoły. No, ładnie - pomyślałam. Będę musiała zgłosić pani, że jestem nieprzygotowana. Nie mam zeszytu i pracy domowej. 

Tego dnia do szkoły odprowadzała mnie babcia Ala. Od razu poznała, że coś się wydarzyło, bo jestem smutna. Babcia Ala zawsze pozna, gdy jest coś nie tak:
- Co się stało, Majeczko? Czemu dziś jesteś taka smutna? – spytała zatroskana, gdy szłyśmy na przystanek autobusowy.
- Ach babciu, mam taki straszny kłopot. Zgubiłam zeszyt do języka polskiego. Była zadana praca domowa i boję się, że dostanę jedynkę. Będę musiała zgłosić naszej pani, że jestem nieprzygotowana. Boję się, jak zareaguje.
- Nie martw się, zgłosisz pani, że zapomniałaś zeszytu, przeprosisz i na pewno zrozumie. A sprawdziłaś dokładnie w całym mieszkaniu? Przecież nie mogłaś zgubić zeszytu. Na pewno gdzieś ci się zawieruszył. Wrócisz do domu i poszukamy razem spokojnie.
- Przeszukałam już każdy kąt, swój pokój, pokój rodziców, kuchnię, salon, nawet taras. Nigdzie nie ma mojego zeszytu…
- Spróbuj sobie przypomnieć, gdzie go położyłaś, kiedy ostatni raz odrabiałaś lekcję. Gdzie robiłaś pracę domową z języka polskiego?
- W swoim pokoju.
- No i co potem zrobiłaś z zeszytem?
- No właśnie tego nie pamiętam. Nie mogę sobie przypomnieć, gdzie go położyłam…
- No nic, nie martw się, na pewno się znajdzie. Będę się modlić do
  świętego Antoniego z Padwy, na pewno pomoże.
- Antoniego? A kto to taki, babciu?
- To taki święty, średniowieczny pustelnik z zakonu franciszkanów, który pomaga odnaleźć zagubione rzeczy.
- Nigdy o nim nie słyszałam…

I tak doszłyśmy do przystanku. Wkrótce nadjechał nasz autobus. Wsiadłyśmy i milcząc jechałyśmy do szkoły. Babcia, chyba rzeczywiście modliła się do świętego Antoniego, a ja wciąż martwiłam się zagubionym zeszytem i czekającymi mnie lekcjami.

Rys. Olga Stodulska


Gdy dojechałyśmy na miejsce, uściskałam babcię i niepewnie weszłam do szkoły. Pierwszą lekcją był niestety język polski. Bardzo lubię ten przedmiot, ale dziś bałam się go wyjątkowo.
Kiedy wchodziliśmy do sali, zostałam na końcu i zagadnęłam naszą panią nauczycielkę:
- Dzień dobry!
- Dzień dobry, Majeczko – odpowiedziała pani, uśmiechając się do mnie serdecznie.
- Proszę pani, chciałam przeprosić, ale nie mam dziś zeszytu z pracą domową.
- A co się stało? Przecież ty zawsze jesteś przygotowana… – zapytała zatroskana pani.

Jej pytanie zaskoczyło mnie na tyle, że wstydziłam się powiedzieć, że tak po prostu zawieruszyłam gdzieś mój zeszyt. Pani na pewno mi nie uwierzy, że zrobiłam wcześniej pracę domową. Pomyśli, że kręcę. I wtedy przypomniał mi się Antoni, ale nie ten święty, tylko ten nie święty, mój ulubiony wujek Antek. Pomyślałam, że zrzucę całą winę na niego. W świętego Antoniego nikt mi przecież nie uwierzy, ale w wujka Antka już tak. A i wujek na pewno nie będzie się o to gniewał. On nigdy przecież się na mnie nie gniewa. Zresztą o niczym się nie dowie.

- Zeszyt zabrał mi wujek – wyjąkałam.
- Wujek? A po co wujkowi twój zeszyt? – spytała zdziwiona pani.
- Bo… no bo wujek napisał w nim bajkę o mnie, taką, którą mogłabym zaprezentować podczas naszego szkolnego konkursu recytatorskiego. Tylko, że  później zapomniał mi oddać ten zeszyt – powiedziałam przestraszona, patrząc na reakcję pani.
- Ach, tak, rozumiem, to odbierz zeszyt od wujka, podziękuj i powiedz, że niepotrzebnie się trudził. Nie możesz recytować jakiś wierszyków wujka, to muszą być teksty uznanych i znanych poetów: Tuwima, Brzechwy…
- powiedziała pani, ale przyjęła moją wersję wydarzeń.

         Wujek Antoni rzeczywiście napisał kiedyś dla mnie bajkę. Nauczyłam się jej nawet na pamięć. Siostra mojej mamy, ciocia Karolcia, mówi, że wujek Antek jest całkiem niezłym poetą. Pokazywała mi kiedyś jeden z jego wierszy dla dorosłych. Teraz przypominam sobie, że poświęcony był właśnie świętemu Antoniemu. 

Jeszcze raz przeprosiłam za moje nieprzygotowanie i weszłam do sali. Dalszy ciąg lekcji upłynął spokojnie, zresztą jak cały dzień.

Gdy wróciłam do domu, z dziadkiem Stasiem, w drzwiach stała już uśmiechnięta babcia, z moim zeszytem do języka polskiego.

- Babciu, rzuciłam się jej na szyję. Jak go znalazłaś? – zapytałam szczęśliwa.
- Święty Antoni mi pomógł – odpowiedziała uśmiechnięta babcia.
- Jesteś kochana – powiedziałam i przytuliłam się do niej.
- Gdzie był?
- Znalazłam go w pokoju Nadii. Wzięła go do zabawy i na ostatniej stronie zaczęła w nim rysować.
- Moja kochana siostra – powiedziałam z ironią, ale nawet nie byłam na nią zła. Cieszyłam się, że mój zeszyt się odnalazł.
- A propos sióstr – zagadnęła babcia. Właśnie przyszły odwiedzić cię twoje siostry cioteczne Andżelika i Roksana.

Weszłam do domu i zaraz rzeczywiście zobaczyłam dziewczyny. Bawiły się z Nadią i naszą sąsiadką Hanią, jej ulubioną piłką z Myszką Miki. Ostatnio bowiem Hania uwielbia wszystko, co jest z Myszką Miki. Piłki, balony, stroje.
- Cześć, ale super, że jesteście! – krzyknęłam – może po obiedzie pobawimy się w chowanego.
Musicie wiedzieć, że bardzo lubię zabawę w chowanego.
- Doskonały pomysł – powiedziała Andżelika.
- Tak!!! – krzyknęły wspólnie Nadia, Roksana i Hania – w chowanego!!!
- Schowam się tak, że nawet święty Antoni, nie pomoże wam mnie znaleźć – zażartowałam.
- No, nie żartuj tak, bo święty Antoni może się obrazić – śmiał się dziadek.
- A tak ci dziś pomógł – dodała babcia.
- Oj, żartowałam – ucięłam zmieszana.

I rzeczywiście trochę się przestraszyłam, by nie obrazić świętego. Ale przecież święci nigdy się nie obrażają. Na pewno nie święty Antoni. Wujek Antek też nigdy się nie obraża… I też mi się wydaje czasem taki zagubiony… Zupełnie jak dziecko.

fragment książki "Majka i zagubiony Antek", wyd. Lucky, Radom 2016.