Na portalu "Kozirynek.online" w cyklu "Szare eminencje", w czerwcu gości poetka Jagoda Buch, a w serii "obSZARY kultury" - pisarka Dominika Horodecka. Tradycyjnie zamieszczam też naszą rozmowę na tym moim literackim blogu.
![]() |
| Rys. Ola Zasada-Sójka |
Literatura to także moja natura i moja twarz – z pisarką Dominiką Horodecką rozmawia Adrian Szary
Jakim dzieckiem była mała Dominika?
Myślę, że bardzo ruchliwym i jakby miała ogon, to wciąż by nim merdała. Mam takie nagranie, jeszcze na dużej kasecie VHS, jak biegam, skaczę, właściwie orbituję wokół mojej mamy. Ta idzie bardzo spokojnie. Niby normalne, że dziecko jest żywe i pełne werwy, ale ten kontrast na filmie był bardzo duży. Mała Dominika to dziewczynka z ADHD, która jednak nauczyła się funkcjonować w świecie pełnym zakazów i nakazów. Szkoła w tamtych latach wciąż była nastawiona na dyscyplinę, trzeba było siedzieć w ławkach i słuchać. Czasem bardzo mi się nudziło, ale znosiłam to dzielnie. Dziś już wiem, że byłoby mi dużo lepiej, gdybym mogła inaczej przyswajać wiedzę. Jakby mi chociaż pozwolili co jakiś czas wstać i poruszać na boki głową z kucykami na sztorc (śmiech). Nie wiem, jak ja to zrobiłam, ale skończyłam liceum z najwyższą średnią w szkole. Udało się chyba tylko dlatego, że w domu uczyłam się, chodząc i co rusz zmieniając pozycję, jedyną stałą był zeszyt. To był mój ukochany zeszyt z biologii.
Skąd pomysł na AWF?
Chyba odpowiedź na to pytanie mieści się już w wypowiedzi powyżej. Niemniej początkowo wybrałam fizjoterapię. Fizjoterapia miała być po to, żeby w przyszłości otworzyć SPA z bąbelkami. Oczywiście trochę się śmieję, ale faktycznie, wybierając te studia, nie miałam świadomości, czym jest rehabilitacja i że to nie tylko przyjemny masaż, a niejednokrotnie żmudne ćwiczenia z niepełnosprawnym pacjentem, który właśnie uległ wypadkowi czy zapadł na poważną chorobę. Dopiero w trakcie studiów zrozumiałam, że nie nadaję się do pracy w szpitalu, za to czegoś mi tu bardzo brakuje, i niejako na dokładkę podjęłam drugi kierunek, czyli wychowanie fizyczne. Tak, ruch to część mojej natury i to tej, którą lubię w sobie najbardziej.
Skąd się u Ciebie wzięła pasja do pisania?
Nie będzie przesadą, jeśli odpowiem, że to była nostalgia związana z emigracją. Ale nie tylko, bo do pisania popchnęła mnie tak naprawdę mama. Nie zapomnę, jak spaceruję w parku w Sevilli i rozmawiam z nią przez telefon, i narzekam, że właściwie to ja nie wiem, co teraz ze sobą zrobić, że idę do szkoły hiszpańskiego, ale że póki co całe dnie siedzę w domu, że tęsknię za Polską… I wtedy mama zaproponowała: „A może zacznij pisać, mamy tyle ciekawych historii rodzinnych, a ty zawsze miałaś smykałkę”. Potem już we Francji założyłam bloga i zapisałam się do Klubu Polki na Obczyźnie. W klubie dziewczyny doceniły moje teksty, ktoś mnie chciał czytać. I tak wpadłam na pomysł, że napiszę autofikcyjną powieść o małej Natalii, której tatą jest artysta malarz i alkoholik w jednej osobie, a dziadek jest właścicielem zakładu pogrzebowego. Natalia zamiast do świetlicy idzie po szkole do kostnicy. No i mamy „Wdech i wydech”.
„Wdech i wydech” — powiedzmy coś o tej książce?
Pisałam ją bardzo długo i miała dwie wcześniejsze wersje. Ale cieszę się z tych wszystkich poprawek, bo to była nauka pisania, wykuwania własnego stylu, poznawania samej siebie. Nadal się uczę, ale to był krok milowy. Jak już wspomniałam, bohaterką jest mała Natalia, moje literackie alter ego. Dziewczynka musi się mierzyć z problemami dorosłych, którzy sami sobie nie radzą z rzeczywistością. Jest ojciec, artysta alkoholik, jego nadopiekuńcza matka, czyli babka Natalii, jest mama — dość zachowawcza i nieco zimna, jak powiedzmy matki z tamtych lat, dziadek, właściciel zakładu pogrzebowego. Poszczególne rozdziały są właściwie scenami z życia dziewczynki. Nie ma czarnych ani białych bohaterów, jest za to dużo emocji, dużo prawdy i szczegółów. Książka jest zbiorem nie tylko przeżyć, ale i drobiazgów oraz nastrojów z lat 90.
Byłaś nominowana do prestiżowej Nagrody Witolda Gombrowicza. Jakie to było uczucie?
O nominacji do Gombrowicza dowiedziałam się niedługo po nominacji do Nagrody Literackiej Gdynia. To były dla mnie bardzo szczęśliwe dni, trochę jak niesamowity sen. Przeczuwałam, że zostanę nominowana także do Nagrody Gombrowicza, ale oczywiście nie miałam żadnej pewności. Wtedy jeszcze mieszkałam w Antibes i do morza miałam czterysta metrów piechotą. Kiedy tylko zobaczyłam swoje nazwisko na liście pięciu wybranych, pobiegłam na plażę i jak stałam, tak wparowałam do wody. Byłam chyba najszczęśliwszym człowiekiem na całym Lazurowym Wybrzeżu. Kilka miesięcy wcześniej na tej samej plaży odsłuchiwałam „Ferdydurkę” i pokładałam się ze śmiechu i zachwytu, rzecz jasna. No, a Vence miałam za plecami, jakieś 30 km autem. Ale to były chwile!
Pracujesz teraz nad nową książką?
Tak, myślę, że mogę uchylić rąbka tajemnicy. Czeka mnie ostatnia redakcja i druga książka powinna ukazać się jeszcze w tym roku, ale tu może postawię kropkę, a jak przyjdzie co do czego, będę trąbić najgłośniej, jak się da. No, bo książki są dość nieśmiałe i zawsze trzeba im trochę pomóc.
Jakie to uczucie biegać tą samą nicejską promenadą, po której spacerował Sławomir Mrożek?
Zawsze sobie też wyobrażałam Gombrowicza z Ritą w ich Citroënie 2CV, jak jadą jezdnią koło mojej plaży. No to są przepiękne trasy biegowe, można się zakochać jak w tych trzech kolorach wody. Bo nazwa Lazurowe Wybrzeże nie wzięła się znikąd. Tam się czuło, oprócz słonego wiatru, wielkie duchy sztuki. Przecież nieraz robiłam przerwę koło Muzeum Picassa. Jestem wdzięczna za każdy kilometr, jaki tam przebiegłam. Nieraz właśnie podczas tych treningów w mojej głowie układałam sceny do książki.
Tęsknisz za Polską?
Wręcz przeciwnie, mam już jej serdecznie dość (śmiech). Wróciłam trzy lata temu. Ale nie żałuję. Oczywiście mam czasem wątpliwości, czy dobrze się stało, ale wreszcie mam to, za czym zawsze tęskniłam: rodzinę, przyjaciół i długofalowe plany. A Antibes i Sevilla to moje drugie domy, moje miłości. Nawet jak się długo nie widzimy, wiem, że one są. Że wrócę, nigdy nie wyjadą z mojego serca. Są tam na amen.
W Radomiu wiem, że byłaś. A w Radzyniu Podlaskim, gdzie wydawany jest portal?
Byłam w Radomiu i pamiętam, że też było to dla mnie bardzo piękne przeżycie. Spotkanie z niezwykłymi osobowościami, takimi jak Tomasz Tyczyński, Anna Spólna czy Robert Utkowski, no i z innymi nominowanymi. Prawdziwy pokarm dla duszy i taka bardzo przyjazna atmosfera. Przyznaję się, że tęsknię. I chciałabym wrócić. A co do Radzynia Podlaskiego, to nigdy nie miałam okazji tam gościć. Ale to tym bardziej jestem ciekawa (uśmiech).
Jakie masz plany na wakacje?
Można powiedzieć, że wakacje w ścisłym znaczeniu tego słowa mam już za sobą. Niedawno byłam w różnych częściach Hiszpanii i zaryzykuję stwierdzenie, że na ten moment nasyciłam się Południem. A poza tym może jeszcze jeden krótki wypad do Malagi i Sevilli i skupiam się na swoim nowym pomyśle. Po latach postanowiłam otworzyć gabinet. Mam nadzieję, że już jesienią. A będzie to gabinet Artyourface. Chcę się zająć profesjonalnie jogą twarzy i masażami, które odejmują lata. W tym sensie fizjoterapia nie poszła w las. Nie wykluczam, że mój gabinet będzie dość oryginalny i będą w nim książki, a co jakiś czas zaproszę na masaż wybraną pisarkę lub pisarza, zrobimy masaż, napijemy się kawy i nagramy krótki wywiad o twórczości mojej gościni lub mojego gościa. W końcu nie chcę i nie mogę porzucić literatury. Literatura to także moja natura i moja twarz, może nawet ta najważniejsza. Ta, bez której ani rusz.
To życzę spełnienia marzeń, pięknych wakacji i bardzo dziękuję za rozmowę.
Dziękuję również.
źródło: Kozirynek.online
