literacki blog Adriana Szarego

niedziela, 30 lipca 2017

Majka i Krzyś podróżnik

* * *

Wczoraj ze szkoły odebrała mnie ciocia Karolina:
- Cześć, wsiadaj szybko Majka, musimy jeszcze jechać do cioci Kasi, a potem jestem umówiona z ciocią Ulą – powiedziała, gdy wsiadałam do samochodu.
- A po co musimy jechać do cioci Kasi? Jakiej cioci Kasi? – zapytałam zdziwiona.
- Oj, tej z pielgrzymki. Ciocia chciała pożyczyć sobie ode mnie czarną sukienkę. A potem zawiozę cię do babci Wandy i dziadka Sławka – wyjaśniła.
- O, super. Może ugotujemy coś z dziadkiem – zagadnęłam.
- No może ugotujecie – przytaknęła ciocia Karolcia i uśmiechnęła się.
Dojechałyśmy do domu cioci Kasi. Ciocia stała i czekała już na nas przed drzwiami. Myślałam, że chociaż na chwilę wejdziemy do środka, ale ciocia Karolcia jak zawsze bardzo się spieszyła (…) Karolina podała sukienkę, a ja pomachałam cioci Kasi i przesłałam całusa.
Kiedy Kara wróciła do samochodu spytałam:
- Co u cioci Kasi?
- A dobrze – odpowiedziała. Też ma teraz dużo pracy. Studia, praktyki, a na dodatek robi prawo jazdy.
- Prawo jazdy? – zdziwiłam się.
- Tak, taki egzamin, by móc potem prowadzić samochód. Ja też musiałam taki zdać i twoja mama, i tata…
- Czy to trudny egzamin?
- Pewnie, bardzo trudny. Składa się z teorii i praktyki.
Patrzyłam na ciocię z jaką lekkością prowadzi samochód i byłam z niej dumna. Jest bardzo zaradna. Postanowiłam sobie, że jak dorosnę to też zdam taki egzamin na prawo jazdy i też będę jeździć takim samochodem jak ciocia. I naturalnie też będę aktorką.

Rys. Olga Stodulska

         Wreszcie dotarłyśmy do domu moich dziadków. Wysiadłam szczęśliwa z samochodu, a ciocia przywitała się z babcią Wandą:
- Dzień dobry! Przywiozłam państwu, Majeczkę.
- Dzień dobry! Dziękujemy. Odwieziemy ją wieczorem do domu. A może wejdziesz na herbatkę, Karolinko?
- Nie, dziękuję ślicznie, ale bardzo się spieszę, bo jestem jeszcze umówiona. Może następnym razem (…)
Nagle samochód cioci Karoliny zaczął warczeć, charczeć, rzęzić… Zdziwiona ciocia próbowała odpalić go kilka razy, ale za każdym razem bezskutecznie. Widząc to z babcią Wandą, zawołałyśmy dziadka Sławka.
- Dzień dobry, co się stało? – zapytał poważnie dziadek.
- Dzień dobry, no właśnie nie wiem. Nie mogę odpalić samochodu. Nie wiem co się stało – odpowiedziała zmartwiona ciocia Karolcia.
-Nie martw się, ja zaraz zadzwonię po znajomego mechanika – pocieszał dziadek.
Ciocia zostawiła więc samochód przed domem dziadków, a sama w tym czasie zadzwoniła po ciocię Ulę:
- Hej Ula, przyjedź po mnie proszę. Coś się stało z moim samochodem, tak, że już mi nawet święty Krzysztof nie pomoże… Nie mogę go zapalić, jestem już spóźniona, nie zdążę do ciebie na czas.
Wkrótce potem przyjechała ciocia Ula i zabrała ciocię Karolcię, a my z dziadkiem Sławkiem i babcią Wandą zrobiliśmy pyszną sałatkę grecką. W zasadzie to ja sama zrobiłam. Bez trudu pokroiłam wszystkie składniki i dodałam taki specjalny sos, od którego pochodzi nazwa sałatki.
W tym czasie przyjechał mechanik, zamówiony przez dziadka i po niecałej godzinie naprawił samochód cioci Karolci. Wieczorem dziadek odwiózł mnie do domu. Gdy jechaliśmy, zagadnęłam go:
- Dziadku, kim jest święty Krzysztof? Świętego Franciszka – patrona ekologów już znam, świętego Antoniego od rzeczy zgubionych także, ale o świętym Krzysztofie jeszcze nie słyszałam. Wspomniała dziś o nim ciocia Karolcia, ale nie zdążyłam jej zapytać, bo była bardzo zdenerwowana i bardzo się spieszyła.
- Święty Krzysztof to patron kierowców i podróżnych. Wielu kierowców ma w swoim samochodzie jego wizerunek, ja także – powiedział dziadek i wskazał mi obrazek świętego Krzysztofa, wiszący ponad skrzynią biegów. Święty Krzysztof chroni podróżujących przed wypadkami.
- Czyli z nim możemy jechać bezpiecznie? – zapytałam.
- Tak – odpowiedział dziadek uśmiechając się.
I rzeczywiście bezpiecznie wróciliśmy do domu, w którym czekali już na mnie rodzice i siostra (…)
Pomyślałam, że wiele się dziś nauczyłam o samochodach, prawie jazdy i świętym Krzysztofie – patronie kierowców. Pomyślałam, że kupię na imieniny cioci Karolinie wizerunek świętego Krzysztofa. Niech go sobie zamontuje w samochodzie. Może dlatego się zepsuł, że nie miała w nim tego obrazka? Albo kupię jej breloczek z podobizną tego świętego. I umyję jej samochód. Zrobię dobry uczynek, przyda się na religię (…) Z tą myślą zasnęłam…
Śniło mi się, że jestem dorosła. Obchodzę imieniny z rodziną i przyjaciółmi. Jestem znaną, podziwianą aktorką, występuję w teatrze, koleżanki pożyczają ode mnie sukienki, a ja mam prawo jazdy i jeżdżę pięknym samochodem, a przy kluczach mam piękny, duży breloczek z wizerunkiem świętego Krzysztofa…
Nagle widzę ciocię Karolcię, która mówi coś do mnie coraz głośniej i głośniej:
- Maja! Majka!  Wstawaj, już siódma! Spóźnisz się do szkoły!
Otwieram oczy, a nade mną rzeczywiście stoi ciocia Kara.
 - Wstawaj, przyjechałam zawieźć cię do szkoły…
- Jejciu, miałam taki piękny sen.
- Chodź, zjemy razem śniadanie, opowiesz mi, a potem cię podwiozę. 

(Fragment książki Majka, Franek ekolog i Krzyś podróżnik, Radom 2017)

sobota, 15 lipca 2017

Majka i Franek ekolog

                                                               * * * 

Dziś rano budzik zadzwonił o godzinie szóstej. Wstałam, umyłam się,  ubrałam i zeszłam na śniadanie do kuchni. Mieszkamy bowiem w wielkim, pięknym, dwupiętrowym domu.
Na śniadanie mama przygotowała jajecznicę i bułeczki z masłem. Jajecznicę zjadłam chętnie, ale tylko kilka kawałków bułki. Kiedy niosłam naczynia do zlewu, po drodze, podeszłam do kosza na śmiecie, bo chciałam wyrzucić niezjedzone kawałki pieczywa. W ostatniej chwili powstrzymała mnie przerażona mama.
- Co ty robisz, Majka? – zapytała.
- Wyrzucam resztki bułki, których nie zjadłam – odparłam spokojnie.
- Oj, święty Franciszek nie byłby z ciebie zadowolony – powiedziała mama.
- Kto? – spytałam.
- Święty Franciszek – powtórzyła.
- A co, on lubił jeść bułki? – zapytałam – czy był piekarzem?
Moje pytanie najwyraźniej rozbawiło mamę.
- Ani nie lubił bułek, ani nie był piekarzem – wytłumaczyła. Po prostu święty Franciszek podzieliłby się swoim posiłkiem z kimś biednym albo ze zwierzętami. Na pewno nigdy nie wyrzuciłby jedzenia do kosza. Schowaj te kawałki bułki, których nie zjadłaś. W weekend odwiedzimy wujka Antoniego, pójdziemy nad staw i nakarmimy kaczki.
Ucieszyłam się, że w weekend zobaczymy się z wujkiem Boczkiem. Ciocia Zuzia na pewno ugotuje coś dobrego. Kiedy rozmarzyłam się o pysznym obiedzie u wujostwa, nagle z dołu usłyszałam głos taty:
- Majeczko, chodź szybciutko, bo spóźnimy się do szkoły.
-Już idę – krzyknęłam.
Ucałowałam mamę, wzięłam plecak i wybiegłam za tatą, z mieszkania.
Kiedy jechaliśmy samochodem, ja, mój tata i moja młodsza siostra Nadia, wciąż nurtowało mnie o jakim to świętym Franciszku mówiła mi, przy śniadaniu, mama. Pomyślałam, że zapytam tatę, może on będzie coś wiedział.
- Tato, mama mówiła mi dzisiaj o jakimś świętym Franciszku. Kto to taki? – zagadnęłam.
- Święty Franciszek? Można powiedzieć, że to taki pierwszy ekolog. Dostrzegał Boga w każdym listku, kwiatku, zwierzątku. Kochał świat, przyrodę, ludzi – opowiadał tata (…)
Wreszcie nadszedł upragniony weekend i pojechaliśmy z rodzicami do wujka Antka. Po pysznym obiedzie, przygotowanym przez ciocię Zuzię, poszliśmy z  wujkiem Antonim nad staw, żeby nakarmić kaczki i gołębie okruszkami chleba i moich niezjedzonych bułek.

Rys. Olga Stodulska

- Wujku, słyszałeś o świętym Franciszku? – spytałam.
- Jasne – powiedział wujek.
- Wiesz, że podobno znał mowę zwierząt? – ciągnęłam.
- Ja też znam, Majeczko – uśmiechnął się wujcio Antoni i zaczął rozmawiać
z kaczkami – kwa, kwa, kwa, kwa.
- I co mówią? – śmiałam się, obserwując dziwne zachowanie wuja.
- Dziękują Mai za kolację – rzekł dobrotliwie  – i mówią, że już idą spać. Na nas też już chyba pora, Księżniczko.
Rzeczywiście zrobiło się chłodno i zaczął zapadać zmrok. Wracając do domu pomyślałam, że fajnie jest mieć takiego wujka, który jak święty Franciszek zna mowę zwierząt. Co prawda nie jest pustelnikiem, ale i tak bardzo go lubię. A czy wujek Antoni jest ascetą, tego nie wiem, może kiedyś go o to zapytam.

(Fragment książki Majka, Franek ekolog i Krzyś podróżnik, Radom 2017)

piątek, 7 lipca 2017

Na literę h


Rys. Olga Stodulska 


Usta które nie całują usta które milczą
nienawidzą hałasu wdychają dym
z papierosów

jedyny erotyzm to czerwone paznokcie
zrobione hybrydą i hybris która nie pozwala
inaczej

twoje imię z hebrajskiego znaczy łaska
ty na hamaku dziewczyny na hulajnogach

czasem trzeba po prostu

wyhamować

środa, 5 lipca 2017

Kózka


 
Rys. Olga Stodulska



Żyć bez nadziei
umrzeć z miłości
wierzyć w zmartwychwstanie


sobota, 1 lipca 2017

Majka i wakacje

* * *
        
Nadszedł czerwiec. To piękny miesiąc. Zaczyna się Dniem Dziecka, a kończy wakacjami.
Nareszcie wakacje! Macie, jakieś plany? Ja mam. Postanowiłam pisać pamiętnik. Jak już coś napiszę, to wam opowiem, a póki co życzę wszystkim udanego odpoczynku! I mam nadzieję, że po wakacjach znów się spotkamy. Moja siostra ma na imię Nadzieja. Nadia – to właśnie nadzieja. Mówiłam już kiedyś o tym, prawda? Wujek Boczek napisał w marcu wiersz na jej urodziny. Nazywa się „Prosta piosenka o Nadziei”.

Rys. Olga Stodulska 

Nadii się podoba. Na widok wujka zawsze krzyczy: „wuuujek, wuuujek”!  Dobra jest. Wujek też jest dobry. Tak, jest dla mnie bardzo dobry. Nie wiem czy dla innych też. Ale dla mnie jest. Wiem, że dla mnie zrobiłby wszystko. Raz mi to ciocia Zuzia powiedziała, jak grałyśmy w pająka gubinogę. I za to go lubię. Chociaż jest słaby z matematyki i nigdy nie umie rozwiązać mojego kółka matematycznego, brzydko pisze i nie umie wyplatać bransoletek z kolorowych gumek, ale i tak bardzo go lubię…
 A wy, macie takich wujków, co?  Mówię wam, fajnie jest mieć takiego wujka. Każdy powinien mieć w życiu swojego wujka Boczka. Tak myślę. Ale mogę się mylić.

(fragment książki Majka, Franek ekolog i Krzyś podróżnik, Radom 2017)